Czasem przyjmowała u siebie nielicznych gości. Na nasze usilne prośby, by coś zaśpiewała, po długich ceregielach i wymawianiu się, że jest niedysponowana i nie przy głosie, zasiadała jednak w końcu do pianina. Pianino było też bardzo stare, nie różniło się właściwie od klawesynu lub szpinetu. Drżącym głosikiem, sama sobie akompaniując — zaczynała śpiewać piosenki Bartelsa. I jakie piosenki.
Niechaj Jezus Chrystus będzie pochwalony, z wielką alteracją przybywam w te strony. Jak dokuczliwe insekta — serce obsiadły afekta.
Powiedz aść, czy darmo bije serce w łonie, Czy na próżno pędzę skarogniade konie. Czy dokuczliwa rekuza Nie da amorom arbuza.
Przez okno zalatywał zapach lewkonii i nasturcji. Zachodzące słońce złociło stare mury i stare kamienice. Głos śpiewaczki ożywiał się, jakby młodniał. Piosenki (wciąż Bartelsa) mówiły o młodości i o miłości.
Stach siarczysty dał mi słowo
W raźnych hołubcach mazura. ,
Że mnie już od stóp do głowy
Cudnie stworzyła natura.
Że przedkłada mnie nad charty
i nad bryczki najtyczanki,
że gotów przestać grać w karty
dla takiej jak ja kochanki.
Ach ten mazur istna bieda
i po balu zasnąć nie da.
Wcaleśmy się nie śmiali. Słuchaliśmy w skupieniu i ze wzruszeniem. Coś podobnego przeżyłem później na przedstawieniu Reduty. „Pochwała wesołości”, w inscenizacji Leona Schillera.
Panna Waleria Zdanowicz nie była rodowitą kazimie rzanką, przybyła tam z kieleckiego, lecz bardzo prędko zadomowiła się i stała się osobą tak związaną z miasteczkiem, jakby tam mieszkała od Bóg wie jak dawna.
Jakaś osobista tragedia towarzyszyła jej młodości. Było to związane z powstaniem styczniowym i miłością. Podobno ojciec jej nie odegrał w tym powstaniu zbyt zaszczytnej roli. Na skutek tego zerwał z nią narzeczony, którego kochała bez pamięci. Jak tam było naprawdę, nie wiadomo. Ludzie coś przebąkiwali, sama panna Waleria uroniła czasem jakieś słówko o przeszłości. W każdym razie dookoła jej osoby utworzyła się specjalna atmosfera. Mam wrażenie, że sama bohaterka chętnie przywdziała nimb tajemniczości.
Jak przystało na kogoś, kto przeżył wielką tragedię — chodziła zawsze w żałobie. Czarna obcisła suknia, pod szyją koronki, na rękach obowiązkowo czarne mitenki, w ręku parasolka. Czesała się w koronę i malowała się czarnym ołówkiem poniżej brwi. Jednak przesadnie żałobne szaty okrywały ciało kobiety, która swym charakterem zaprzeczała na każdym kroku makabrycznym rekwizytom. Panna Waleria była w gruncie rzeczy osobą wesołą, lubiła ludzi i szukała ich towarzystwa.
W Kazimierzu założyła wykwintny salon mód, a mówiąc zwykłym językiem — pracownię krawiecką. Prowadziła zakład wraz ze swą siostrą Teklą, też panną, ale na wydaniu — oraz ze swą ciotką Marią, starą panną. Jeszcze kilka dziewcząt tam zatrudnionych w charakterze praktykantek i pomocnic uzupełniało ten osobliwy babiniec. Salon mód uzyskał duże powodzenie i liczną klientelę miejscowych elegantek. Kobiety lubiły się tam ubierać i przychodzić, bo było zawsze wesoło, a z okazji przymiarki można byłe nagadać się i naplotkować do syta.
Choć w zakładzie było ludno i gwarno, pannie Walerii te nie wystarczało, zapragnęła prowadzić dom otwarty urządzać przyjęcia, na których bywałyby nie tylko klientki. Mówiono też, że miała na oku stworzenie odpowiednie atmosfery dla młodszej siostry i lepszych warunków dlazdobycia dla niej męża. I tak powstały te baliki prowincjonalne, tak skromnie nazwane przez ich organizatorkę.